wtorek, 20 września 2011

a.

Po porannym prysznicu ponuro oglądasz swoją twarz w lustrze, nie odejmują się lata; przybywają. Z każdym dniem jedna druga trzecia czwarta zmarszczka coraz większa, coraz głębsza, coraz bardziej cię zdradza, coraz trudniej będzie oszukać tych ludzi na zewnątrz i co ty im powiesz, jak ty im powiesz, że jesteś szczęśliwy, kiedy z oczu wystaje ci naga śmierć. Jak ty powiesz to sobie?

No bo tak, możesz mówić, że to już wszystko za tobą, że to już wszystko to tylko blade duchy przeszłości, że tylko nocami widać ich cienie spacerujące po cmentarzach, możesz to mówić tym wszystkim, liczyć na to, że zrozumieją, chociaż może lepiej, żeby nie, nie będą się czuli oszukani, bo to pozostanie dla nich bez znaczenia. Gorzej kiedy rozumieją, rozumieją, kiedy ty już sam nie rozumiesz, ona rozumie i tak źle jej kłamać, bo w sumie to ona jest jeszcze taka niewinna, co się stanie, kiedy odkryje, to chyba będzie oznaczać koniec; możesz mówić to też sobie, ale przecież przychodzą te intymne momenty z lustrem, jak chcesz powiedzieć jemu, że wszystko w porządku, skoro widać, to WIDAĆ.

Nie zostawiłeś, może udało ci się ludzi za sobą zostawić, tych wyrzutków, tych niby takich cudownych, bo takich innych, takich fascynujących, patrzysz na nich i aż ci ich żal, ich udało ci się zostawić. Ale nie zostawiłeś siebie, nowa fryzura, bez przesady, że nowa fryzura ci to wszystko załatwi, nie tak łatwo zostawiać.

Ty nadal pijesz, pijesz jak popierdolony, inaczej już się nie da tego wyrazić, taki magiczny ciąg, takie magiczne zobojętnienie, dni ci się wymykają z zaciśniętych pięści, nie potrafisz utrzymać ich wszystkich razem, właściwie mało który pozostaje tak naprawdę naprawdę naprawdę twój, tracisz kontrolę, teraz tylko jakieś przebłyski, co ty robisz, kim ty jesteś, tyle pytań, tyle pytań zgubiło odpowiedzi, może nigdy ich nie miały, pijesz, a miałeś to wszystko rzucić, nie raz i nie dwa.

Jakoś w przerwach między jedną a drugą godziną spędzoną w upojnym towarzystwie czterech ścian swojego pokoju, próbujesz się odnaleźć, wejrzeć w głąb siebie, ale widzisz tam powojenną Warszawę, zburzone ściany, zburzone ściany, resztki budynków, końcówki życia, nieme krzyki, kończyny porozrzucane tak po prostu i nikogo, by to sprzątnąć, wszyscy czekają na śmierć i modlą się, żeby to nie stało dzisiaj; może jutro, ale nie dzisiaj. I tak jak tę Warszawę, oni cię nie odbudują już, nie odbudują ruin, postawią jedynie repliki i niby to takie cudne, to niesamowite, co oni zrobili, ale to wszystko przecież czyni ją gorszą. I ty też wiesz, że będziesz gorszy, patrzysz w to lustro i naprawdę pragniesz wiedzieć, gdzie popełniłeś ten błąd numer jeden, co musisz cofnąć, żeby zmarszczka jedna druga trzecia czwarta zniknęła, ale w sumie, po co się przejmować, po co wiedzieć, i tak nie uda się tego cofnąć.

Nie ma powrotów, można w nie wierzyć, ale ty nie wierzysz, tak naprawdę nie wierzysz i myślisz, że to takie oryginalne, a potem spotykasz milion ludzi, którzy, tak jak ty, nie wierzą, i wiara staje się oryginalna. Co nie zmienia faktu o nieistnieniu powrotów, to takie tylko złudzenie, za wszelką cenę chce się mieć jeszcze jedną szansę, ale nie można nigdy wrócić w to samo miejsce; wszystko płynie, powiedział Heraklit z Efezu. I ty też płyniesz, tylko o ile inni dryfują, to ty gnasz mimowolnym stylem motylkowym. Gnasz tak, że sam nie nadążasz; twój mózg nie nadąża, ale nikt inny tego nie widzi, czemu nikt tego nie widzi? Chcesz, żeby widzieli.

Patrzysz w to lustro i zastanawiasz się, jak ciężko zaczarować siebie. O ile trudniejsze od czarowania innych, bo to akurat chyba potrafisz, może trochę za mało, ale potrafisz, dlaczego nie możesz zaczarować siebie? Stoisz i mówisz te swoje słodkie zaklęcia, cudowne słówka i naprawdę chcesz wierzyć, że to zadziała, ale to przecież ty. Nie zadziała. To nie tak; na ciebie nie działa, ty w końcu się różnisz, brawo.


Działasz już tak bardzo elementarnie, czy umrzesz bez tych kłamstw?
Martwemu nie byłoby ci źle.



***
wreszcie fikcja. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz