sobota, 24 września 2011

23 IX (#7)

Pływanie już miało być oswojone, pamiętasz? K płynie i płynie, i tak wiele już widziała, i tak wiele zrozumiała, a potem przychodzi raz i głębsza woda; K się boi.

Zaczyna się w chmarach: błękitne niebo, białe, cienkie strzępki, ale wirują, może rozdwajają, i krążą, wściekle wirują, prawie jak u hipisów, ale brakuje beztroski. Rządzi szarość i czerń, posępny nastrój i fortepianowe nokturny. W tle występuje szmer, szmer, szmer, szmer, ale nie można wyłonić z niego słów, zlepek głosów, głośnych głosów, nieprzyjaznych; co za różnica, wszystko staje się całością.

W następnej scenie zamykasz oczy. Jestem na plaży, myślisz. I widzisz morze, i piasek pod dupą, i słyszysz mewy, i morze, które szumi. A potem powraca mózg, te resztki mózgu, które się nie dały, wracają i krzyczą, że to nie morze a sławny las. Wyrywa ci się w głowie ten las. I chociaż tego wieczoru wracasz na plażę kilkakrotnie jeszcze, to w końcu wiesz. Wiesz, że to las.

Świat na leżąco różnic się od tego siedzącego. Leżysz i jest tylko to niebo i te chmury, i ty. Taka pustka; otacza nas szmer, szum fal i zbyt długo zajmuje ci zrozumienie, że to nie fale morza a głosy, które na ciebie napierają falami. A potem siadasz i czujesz, że oglądasz film, wokół ludzie, tyle ludzi, a ty nie istniejesz.

Wstajesz, chcesz istnieć, chcesz, naprawdę, więc wstajesz z nimi i idziecie w miejsce, w którym wstajesz z nimi i idziecie w miejsce, w którym byłaś już nie raz, ale ono wygląda tak nowo. Tak zupełnie nowo. Siadasz i chcesz, żeby odeszły i one odchodzą., zostajesz sama z jakimiś zaplątanymi wspomnieniami i przeżywasz je na nowo, wypowiadasz jakie słowa, przynajmniej próbujesz, wychodzi z tego jakiś bardziej bełkot.

Potem wracasz do nich i udaje ci się złożyć wreszcie jakąś sensowną myśl i myślisz, że musisz stąd uciec, zbyt wiele ich jest, zbyt wielu ludzi, masz ich już dość, nie pasują ci do obrazu, więc kiedy dzwoni i rozumiesz wreszcie, co mówi, to uciekasz do niej, do nich.

Półgodzinny spacer trwa siedem minut, momentami po prostu się teleportujesz; nie posiadasz nóg i cały proces polega bardziej na lewitowaniu. Chcesz naśladować kobietę przed tobą, ale ona stawia zbyt szybko kroki, pierwszy zlewa się z drugim, i tak dalej, ale nie możesz pozbyć się wrażenia, że stoisz w miejscu. Znasz tę drogę, chodziłaś nią już tysiące razy, ale dzisiaj jest nowa, dzisiaj czają się pułapki, a ty nie wiesz, jak się zatrzymać.

Pojawiają się ludzie – cienie i to nie są zwykli ludzie, to ludzie, którzy nie mają ciał a widać tylko ich cień. Cień ich kości i psich czasek, w pustych oczach czają się ogniki i wolałabyś umrzeć niż pozwolić im się dotknąć. I tak właściwie to umierasz, z przerażenia, czujesz smutny skowyt wewnętrznych organów, serce dokonało ewakuacji, nie ma go, kurwa, nie ma. Nie wiesz, kiedy, ale udaje się dotrzeć na miejsce i oni tam są, a ty wpadasz w trans.

Mienią im się twarze. Mówią. Odpowiadasz. Patrzysz na te twarze i myślisz, że nigdy nie widziałaś piękniejszych ludzi. Najpiękniejsi na świecie. Potem coś się dzieje i idziecie w jakieś miejsce, i ty tam chcesz iść, a oni idą z tobą; tacy piękni a idą z tobą, coś cudownego.

Tam nie wiesz, co się dzieje, zaczynasz wreszcie rozumieć, że mówią i zaczynasz rozróżniać słowa. Wszystko się rozmywa, tylko te twarze ostre takie, reszta to parę zmieszanych smug.

Czujesz się, jakbyś była kamerą, jakby twoje oczy to były kamery i jakbyś kręciła film. I oni są twoimi aktorami i myślisz, nadają się. Czworo, wszyscy tacy pięknie, tacy inspirujący i chcesz być jedną z nich, naprawdę chcesz.

To nie mija z chwilą, kiedy powracasz w miejsce zero i gdzie jest matka, ale ona nie wie, ona poznaje na węch, a to ciężko jest wyczuć. Patrzysz w lustro i widzisz twarz i ta twarz jest zajebiście piękna, tak piękna, tak kurwa piękna Nigdy nie widziałaś takiej twarzy. Seledynowe, takie ogromne, okrągłe oczy, orzechowe fale jako włosy, w tych oczach zawarte jest takie słodkie rozbawienie, takie małe iskierki. Ma jeszcze jakieś resztki makijażu i jest tak piękna, że mogłabyś się w niej zakochać…

I znowu płyniesz, i znowu się boisz, i znowu chcesz, żeby to się skończyło i być po prostu sobą. Ale nie ma kogoś takiego, jak ‘po prostu ty’. Zabiłaś tę osobę chyba, kłamczucho.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz