poniedziałek, 1 sierpnia 2011

25 II (#2)

Może i jesteś śliczny i śmieszny, ale nie czarujesz publiczności. Oczywiście, że cię to nie obchodzi. Dlaczego by cię miało obchodzić? To bez znaczenia.

Przychodzisz po raz kolejny i kolejny, i jeszcze, i ja idę do Ciebie, i spotykamy się pomiędzy, im dłużej cię znam, tym bardziej odnoszę wrażenie, że jesteś jak ja, czasem więcej, czasem mniej – ja. Nie kradniesz serc, ale bardzo byś chciał. Przymykasz oczy i pozwalasz jej mówić, bo coś jest w tym, że tak jej źle, bo chyba masz lepiej. I kiedy pyta, co u ciebie, bez wahania to tłumisz i odpowiadasz, że nic. Może już cię nuży, może dopiero zacznie, ale to nierozważne jej mówić, gówniany z niej słuchacz, śmiałaby się kiedy nie trzeba a na koniec by oznajmiła, że nie ma pojęcia, jak ci pomóc. Może to i lepiej, że jej nie mówisz.

- Cześć, co u ciebie? – celujesz gdzieś między moje oczy a telewizor, zastanawiam się jak bardzo nie lubisz tego pytania.

- Wszystko w porządku. A u ciebie?

- Też.

Marnuję czas gapiąc się na ścianę, bo rozmowa właśnie się skończyła. Ani u mnie nie jest dobrze, ani u ciebie. Nie ufasz mi, ja nie ufam tobie. Odbijamy piłkę, nie wolno jej się zatrzymać. Nie może zwolnić, raz, raz, raz, raz, nie pozwól jej zdążyć. I krążymy wokoło i chcę ci powiedzieć, ale nie powiem, nie powiem.

Ona mnie zmieniła. Sprawiła, że mówię wszystkim. Wszystkim. Wepchnęła się w moje życie, chociaż ja o to nie prosiłam i zarządziła przemeblowanie, i usunęła drzwi.

Największy problem polega na tym, że jak czegoś nie powiem, to znowu będziemy się bawić w pogawędki o niczym, zwyczajowe rozmowy.

To wcale nie jest tak dobrze znać kogoś jak ja.

Jak dawna ja, przynajmniej. Patrzę na ciebie i czasem to patrzenie boli, zazdroszczę, dlaczego gdzieś rozminęliśmy się na drodze ewolucji, dlaczego ja skończyłam tam a ty tu. Niby blisko, ale tak strasznie daleko, zbyt daleko, zbyt daleko. Wolałabym jednak być tobą.
Wolisz się zająć nią i gramy, ja się chętnie dołączam, udaję, że nie widzę. Udaję, że mi to pasuje, bo ciężko być znowu samej. Gorzkie ssanie w żołądku przepijam piwem. Nie znika, lubię się łudzić, bawić się w placebo, ale dzisiaj nie wychodzi. Czy dzisiaj jest gorzej? Chyba tak, znowu tak, znowu, znowu, znowu, mam już dość.

Nie wychodzi mi rozmowa. Znowu. Kolejny dzień powtarzania. Jak ja to robię, przerastam sama siebie. Nie wiem, czy jestem, czy mnie nie ma, przestajecie mieć znaczenie, mam was już tak dość, za dużo, za dużo, za dużo, nieważne, jak bardzo się staram, nie mogę stać się kimś innym. Kończę jako ja i ja mam was dość. Tak bardzo dość, że mam ochotę wymiotować, to nawet sprzeczne ze mną, niewygodnie mi z tym.

Nie zauważacie. Żadne z was. O nią się nie boję, bo ona widzi tylko to, co chciałaby zobaczyć, ale ciebie nawet nie znam. Nie chcesz dać się poznać. I dobrze, jesteś ciekawszy, gdy nie wiem dużo. Im więcej wiem, tym prędzej ucieknę a jakoś niespecjalnie mi się uśmiecha uciekanie. Mam dość już uciekania.

Lubicie zajmować się sobą, mnie zostawiacie z telewizorem i psem, lubicie pokazywać, kto jest lepszy a kto nie, lubicie wzgardzać. Pokażcie mi, że mnie nie chcecie, pokażcie mi, że mnie nie chcecie, że chcecie mnie wyrzucić stąd, przecież oboje jesteście lepsi. Oboje jesteście lepsi ode mnie, prawda? Ja też was nie chcę, wyrzućcie mnie, wypchnijcie przez drzwi, bo nie dam rady sama. Niczego nie pragnę tak bardzo jak uciec stąd, ale okazuję się znowu zbyt słaba, zbyt żałosna na opuszczenie sceny.

Wasze śmiechy, wasze rozmowy za drzwiami, nie, nie całujecie się, pokazujesz jej coś na komputerze zapewne, coraz mniej mnie to obchodzi, ale byliście moimi przyjaciółmi, dlaczego nagle przestajecie. Nie chcę, żebyście przestawali, nie potrafię sobie poradzić sama. Zostawiacie mi tylko alkohol i papierosy, dlaczego sądzicie, że mi to pomoże, dlaczego sądzicie, że jestem tak płytka, że one, te używki, mogą wygasić wszystko, co czuję.
Dlaczego.

Nie będziecie szczęśliwi, jest chyba luty akurat, patrzę na was i mówię wam, że nie będziecie szczęśliwi, bo w tym wszystkim chyba chodzi bardziej o mnie niż o was. Przynajmniej tobie, ona lubi być popierdolona. Chcę krzyczeć, chcę być zła, ale moja złość zbyt szybko zmienia się we frustrację, frustracja staje się po prostu bólem, tępym tępym tępym bólem a z tym nie umiem krzyczeć. Coraz mniej potrafię, im dalej brnę w poszukiwaniu szczęścia, tym mniej go mam, rozdrabniam go, rozdrabniam go i coraz mniej zostaje ze mną.

- Hej, idziesz już? – pyta mnie. – Już pora.

Popełniłam błąd przychodząc tu, mam ochotę powiedzieć. Ale jesteś moją przyjaciółką. A ty jesteś moim przyjacielem. Do was się przychodzi, dla was zostawia się inne ciekawsze propozycje, bo was się kocha.

Co nie znaczy, że kiedy oferują mi szansę na ucieczkę, to nie skorzystam.

­­­– Tak, idę.






dziwnie się opisuje historie, które już dawno się skończyły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz