Czasem masz ochotę po prostu płakać. Niby nic się nie dzieje, nikt nie mówi ci rzeczy, których nigdy nie chciałabyś usłyszeć, ale ty po prostu chcesz płakać, tak ci się kurczą wnętrzności, tal raz ci na przemian ciepło i zimno i to gorzkie uczucie, wcale nie w ustach, ale gdzieś bliżej oczu, chcesz płakać. Nie jest źle, ale nie jest też dobrze, stoisz gdzieś po środku i to jest dla ciebie straszne, przecież tak bardzo się starasz znać ten grunt pod nogami, tak bardzo się boisz jego utraty.
Nie chcesz pozwolić łzom na wypłynięcie, nie ma nikogo, kto by patrzył, ale i tak nie pozwalasz, zupełnie jakby ci ludzie wiedzieli, że dzisiaj znowu płakałaś, znowu znowu znowu, przecież płaczesz już prawie codziennie, przecież już coraz mniej ci to płakanie wychodzi, naprawdę, K, wstydziłabyś się. Nie jesteś już zbyt duża, żeby tak płakać?
Nie potrafisz się już chyba wstydzić, gdzieś w międzyczasie ci uciekły te wszystkie wartości, gdzieś między czym a czym, chcesz pytać, chcesz pytać te istoty, których nie ma, chcesz pytać Boga, wychowano cię historyjkami o Bogu, więc niech on odpowie, ale odpowiada tylko cisza. Ta szmata cisza, której nienawidzisz, którą najchętniej byś udusiła, za zamordowanie której mogłabyś poddać się karze śmierci, bo przecież walka z ciszą jest twoim sposobem na życie, jeśli by jej zabrakło, twoja egzystencja straciłaby sens.
To śmieszne, nie sądzisz, wiesz o istnieniu problemu, ale szukasz go w objawach. Szukasz go w ciszy i w samotności, i w zapomnieniu, i w łzach wylanych na podłogę, wszystko to orbituje wokół tego tego tego tego, czego nawet nie potrafisz nazwać.
Chcesz płakać w jej ramionach, ale się boisz, boisz się, jak ona zareaguje, boisz się, że staniesz się dla niej obciążeniem, że nie będzie jej się opłacało z tobą spotykać, że cię zostawi, tak jak zostawiło cię milion innych, nieusatysfakcjonowanych tym, co im pokazałaś, mała gwiazdeczko, tancereczko, tańczysz tańczysz, ale oni ci już nie zapłacą, mogłabyś skończyć to przedstawienie. Gdybyś tylko znała drogę do drzwi.
Tak naprawdę to nie potrafisz płakać przy ludziach, przeraża cię to bardziej niż wszystko inne, przeraża cię to bardziej niż wszystko inne, boisz się stracić twarz, chcesz mieć opinię niewiadomo kogo, nawet sama nie wiesz, czyją ty chcesz mieć opinię, bo na pewno nie swoją. Chciałabyś być jak te kobiety z filmów, jak te kobiety z książek: dumne, silne, zdecydowane, ale zapominasz, że to jest tylko spojrzenie z perspektywy, że one wcale nie były dumne, silne, zdecydowane, że były tak samo jak ty słabe i przerażone, że po prostu próbowały nadal utrzymywać się na powierzchni, nie zatonąć.
Byleby nie zatonąć.
Potrzebujesz kogoś, kto będzie ci mówił o tym, kto będzie ci przypominał, że nie ma ludzi idealnych, kto będzie ci mówił te wszystkie rzeczy, które ty już wiesz, kto będzie w stanie wyleczyć tę pustkę w tobie i może przed chwilą znalazłaś, ale nie masz pewności. A potrzebujesz pewności, której ci nikt nie może dać, chyba tylko ty sama. Ale jakoś nie potrafisz zbyt dobrze dawać.
Potrzebujesz, potrzebujesz, tak wiele potrzebujesz od innych, tak wiele czasu spędzasz myśląc o innych, o innych innych innych, ale nie spoglądasz nigdy wewnątrz siebie, bo może domyślasz się, co tam zobaczysz i to mało piękna wizja. To straszna wizja, to wizja przypominająca piekło chrześcijan, żaden z nich go nie widział, lecz każdy się boi. Ale piekło to kara, czy twoje wnętrze też ma stanowić karę? Za co? Co mogłaś zrobić źle, gdzie mogłaś popełnić błąd, możesz przeanalizować całe życie, ale czy znajdziesz ten jeden jedyny błąd?
Czujesz się jedzona przez bezsilność. Już jakoś wolisz ten ból, przynajmniej szybko przychodzi. Bezsilność nie znika, bezsilność jest jak AIDS, ona cię kiedyś zabije.
Płaczesz już bez łez. Najwyraźniej tak też można.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz