środa, 10 sierpnia 2011

10 VII (#4) - im dalej w las, tym więcej drzew.


Słowa już nie tworzą tych obiecanych, pięknych linii.

Chcesz powiedzieć, że kłamali, że gdzie te slogany, chcesz ich pozwać za łamanie umowy, chcesz, żeby cierpieli, tak jak cierpisz ty i te emocje (twoje emocje) ściśnięte za murem (burzące ten mur). Oszukali cię.

Brak już pomysłów, brak już pomysłów na cokolwiek, po prostu siedzisz tu i wydzierasz sobie serce, kawałek po kawałku, może ten tępy, ciężki ból się wreszcie zmieni w ten straszny i gwałtowny, tak bardzo tego chcesz. Tak bardzo chcesz, żeby wreszcie rozerwało, żeby wreszcie zgwałciło, zabiło, zniszczyło wszystko, co tam jeszcze pozostało; żeby tego wreszcie nie było, żeby pozostało nic.

Słodkie, słodkie nic.

Bo to nie boli, może nie cieszy, ale nie boli, nie tak bardzo wszechobecnie; nie jesteś wtedy sobą silną, nie jesteś sobą słabą, nie jesteś nawet sobą, po prostu egzystujesz i twoje plany nie sięgają dalej niż do następnego oddechu. To tak bardzo cudowne, nie jesteś dla nikogo, a i nikt nie jest dla ciebie, wszyscy po prostu istnieją, znikają zależności, nikt nie potrzebuje związków, każdy żyje dla siebie. Nic nie posiada znaczenia. Ale czy coś wtedy jest naprawdę?

– To przejdzie, po prostu przeczekaj – mówi ci.

I ty wiesz, że ma rację, w końcu doszłaś do tych samych wniosków, ale co z tego? Jeszcze się nie kończy, jeszcze nawet nie dotarło do połowy, dopiero się zaczyna, to dużo dużo czekania a ty przecież nie dysponujesz czasem. Boisz się czekania prawie tak samo jak samotności. A wyraziłaś się już bardzo dokładnie, że to ona stanowi twój największy lęk. Samotność, która powraca, ostatnio nawet dzień w dzień, samotność, którą ona tak dobrze znosi, którą każdy tak bardzo sobie ceni. Pierdolona samotność, czy zauważyłaś, że jest coraz gorzej? Czasem, kiedy nikt nie patrzy, bo każdy nie dla ciebie, bo każdy zajęty, ale to naprawdę nieważne, czasem, kiedy nikt nie patrzy, czujesz, jak gnijesz wewnątrz, jak się rozkładasz i nawet cię to nie przeraża, ten bliski koniec, o wiele zbyt wcześniej. Nawet cię nie zastanawia, co będzie później. Po prostu pragniesz zgnić w całości, kość po kości, mięsień po mięśniu, nerw po nerwie. Żeby się skończyło.

Ale słowa nie tworzą już tych obiecanych pięknych linii.

Kiedyś potrafiłaś je pleść, kiedyś potrafiłaś je układać, żeby płakać,  żeby podziwiać; twoje ulubione słowo to admiracja. Pragniesz jej, bardziej niż miłości, chcesz tej admiracji, tego uwielbienia, chcesz tak bardzo i odrzucasz, przeszkadza ci jej mało urodziwa forma, przeszkadza ci jej brak ortografii i mózg przeżarty młodością. Chcesz perfekcji, perfekcji w admiracji, perfekcji w ludziach a jej brak. Doskonale o tym wiesz, patrzysz w swoje lustrzane oczy i wiesz, że nie ma idealnych, ale nie potrafisz tego zaakceptować. Nieraz jeszcze gorzko będziesz przez to płakać. Bez różnicy, nie akceptujesz błędów.

Nie wiesz, co boli bardziej, brak słów czy brak idealnych, przez żadne nie chcą przyjść zły i przez rozerwane serce też nie przychodzą, bijesz tymi śmiesznymi piąstkami w miękki materac, i bijesz, i bijesz, ale to nie sprawia ci cierpienia; po co ci fizyczny ból, i tak nie potrafisz przez niego płakać.

Zastanawiasz się czasem, czy istnieje dusza, czy jesteś po prostu mózgiem, nie wiesz już, nie chcesz nawet wiedzieć, nie interesuje cię zrozumienie. Pewnie nie ma duszy.

Ale co boli? Czy mózg może mieć uczucia?

Potrzebujesz tych słów bardziej niż zwykle, tych pierdolonych słów, tych kurwiących się słów, tych drogich drogich słów naliczających za godzinę. Uciekły.

Nie znajdujesz upojenia w papierosach, zawsze na nie liczysz, ale zawsze go nie ma, papierosy to nie lekarstwo, nikt nie obiecywał lekarstwa, papierosy to trochę taniego tytoniu, nikotyny, bibułki i filtra posklejanych razem, żarzących się razem, nie zaćpasz się nigdy nimi, najdroższa. Co najwyżej możesz struć, ekstremalny przypadek. Nie dadzą ci niczego, o co krzyczysz nocami, kiedy każdy już nie żyje.

Nie stać cię na alkohol, albo może i stać, ale przecież miałaś przestać już uciekać, miałaś przestać już zapominać, dzielnie stawiać czołu tego, co cię spotyka, ale im dalej w las, tym więcej drzew, stare przysłowia najwięcej wiedzą, najmniej się mylą. Najdłużej już doświadcza je los. Im dalej w las, tym więcej drzew, jakże to źle wróży twojej nie istniejącej przeszłości.

To przeraża, że tak często masz rację, bo tak często nie chcesz jej mieć, tak często chcesz grać tę pannę optymistkę, pannę wszystko ułoży się dobrze, ale potem nie patrzą (nie patrzy), a ty wiesz. Ty znasz już historię do końca, mieszkańcy innych pokojów lubią przypominać ci rozwiązanie akcji, pozostaje ci jedynie liczyć na epilog. Ale on jest kapryśny i występuje coraz już rzadziej. Szczęśliwe zakończenia nie są potrzebne w dobrych powieściach. Jesteś powieścią, one sprzedają się coraz gorzej, nudzą się. Nie fascynują, są teraz rzeczy ciekawsze, lepsze, bardziej kolorowe, bardziej krzyczące, bardziej wciągające, bardziej uzależniające, bardziej niebezpiecznie. Nie ma zabawy bez ryzyka.

Kiedyś potrafiłaś pisać piękne wiersze, pamiętasz?

Jak długo jeszcze?


*
coraz więcej prawdy, boję się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz