środa, 1 grudnia 2010

anneliese (wstęp do)

Mnie to nie bawi, ale ciebie najwyraźniej tak.


Siedzisz sobie na schodach (na górze schodów) i ja ci mówię, ja cię proszę, żebyś zeszła, co ty oczywiście ignorujesz, znowu nie ma mnie dla ciebie, znowu nie istnieję, to się już robi nudne, Liese. To się robi już nudne. I’m in the basement, you’re in the sky, oznajmiam, ale już nie nucę. Lubisz tę piosenkę, wiem. Lubisz tę piosenkę bardziej niż mnie i niespecjalnie mi się to podoba, ale mogę z tym chyba żyć. Za mówieniem do ciebie po angielsku też nie przepadam, ale to robię, bo ty wolisz tak. Jesteś zbyt dumno-chłodna, by spojrzeć na mnie po niemiecku (dorośniemy i uciekniemy, twierdzisz, nic w nas nie jest niemieckie, nie zasłużyliśmy na życie wśród nazistów – w Niemczech już nie ma nazistów, ale nie interesuje cię to). Nothing ever changes, odpowiadasz, mówimy do siebie w języku Placebo, nadajemy się na bohaterów książki; nieco więcej metafor, nieco więcej środków stylistycznych, niech narrator peroruje mową wiązaną, w języku wierszy, w języku magii, niech ja przemawiam liryką. To takie nie do końca realne.

We’ve all heard this before, potrafię grać w twoją grę, czy to widzisz? Czy mogę schować teraz głowę między twoje uda i otrzymać nagrodę? Nie podobają mi się twoje kryteria. Coraz więcej rzeczy mi się w tobie nie podoba, jak planujesz mnie zatrzymać? Czy planujesz mnie zatrzymać, Liese (to Anneliese, masz na imię Anneliese, wiem przecież)? Pewnie nie, uważasz, że cię nie zostawię. W zbyt wiele wierzysz jak na ateistkę. To niewłaściwe, ale już poddałem się z tłumaczeniem ci rzeczy, zawsze szybko się poddaję. Like you give a fuck, nie zaszczycisz mnie spojrzeniem, oczywiście, że nie, to najwyższy czas się przyzwyczaić. Wolisz na mnie patrzyć, kiedy udaję martwego, oczywiście, wtedy prościej uniknąć konfrontacji face-to-face, innymi słowy: twojego największego lęku. Don’t forget to breathe. Nie wiem, kto z nas ma tego bardziej dosyć, ale zgaduję, że ja, mógłbym się założyć, tym razem to ty kupiłabyś mi czekoladę z orzechami z promocji. Te z promocji są najlepsze, zbyt stare, by być miękkie, suche; to moje ulubione i twoje też, łatwiej lubić to samo.

You need me more than I need you, uśmiechasz się z triumfem, nie mogłabyś tego przegrać, nie teraz. Dlaczego wkraczamy w sferę dosłowności, czyżbyś się nie bawiła zbyt dobrze? Możesz przecież pokazać, jak dobrze znasz, jak dobrze wiesz, zamkniesz oczy i to takie proste, tytuł ten i ten, album ten i ten, rok ten i ten. I potem jestem ja, i ja ci dorównuję a czasem wyprzedzam. Nie wiem, czy to lubisz, pewnie nie, ale to nie twoja ukochana Ameryka, nie będziemy sobie klikać na fejsie. What’s wrong with this picture?, chyba potrafię dotrzymać kroku a nawet wyprzedzić, tylko czy to ważne? I tak nie miało skończyć w ten sposób, ale patrzysz na mnie; mission accomplished? Przynajmniej częściowo. Nie lubisz.

Wstajesz, nie muszę cię prosić, nie lubię proszenia, ale ty tak (ty lubisz być proszona, object of desires), poprawiasz sobie jeszcze ubrania, obie ręce na raz, przygryzione wargi, czasem to już za dużo, czasem ja wiem za dużo, mała Liese, wszystko na widoku. Moglibyśmy już iść, ktoś ma nieładny dom, oznajmiasz w moją szyję albo obojczyk. Wiem, że kłamiesz, ale dzisiaj mi już nie przeszkadza, chyba po raz pierwszy od roku nie przeszkadza mi, wychodzimy stąd.

In this blues I'm singing, there's a lesson to be learned.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz