(akt pierwszy scena pierwsza)
Wskazówki stukały niemiłosiernie oznajmiając sekundy a w pokoju unosiła się atmosfera schizofrenii. Ciężka, psychodeliczna, porwana na kawałki atmosfera schizofrenii. Elissa oczywiście zaprzeczała, że to ona stanowiła tego źródło, ale kto jeszcze by mógł? W pomieszczeniu, w którym się znajdowała, jedynie ona żyła na tyle, by móc powodować jakikolwiek nastrój.
Zasłony barwiły pokój na czerwono, co powodowało definitywny przerost namiętności. Czerwień nie powinna być wieszana poza sypialnią, źle wpływało to na morale Elissy, które stanowiły rzecz wartą egzystencji, przynajmniej jeśli pragnęło się z nią przetrwać. Meble były stare. Co prawda, nie na tyle stare, by przyglądać się im z uwielbieniem i słuchać ich cudownego skrzypienia, ale wystarczająco stare, zasłużyć na to określenie. Meble powodowały niechęć i odruch wymiotny. Więziły ją, wymuszały szczęk kajdan i podnosiły temperaturę.
A temperatura uwodziła właśnie rtęć, powodując jej skoki w dół i w górę, i to prawie przypominało gorączkę;taniec słów i splatanie ze sobą języków, co mogłoby się kojarzyć z grą wstępną, gdyby tylko posiadało się odpowiedni nastrój. Powietrze przemieniło się w gęstą galaretę i wypełniało układ oddechowy, mordując organizm.
Drzwi szczęknęły złowieszczo, powodując chwilowe zatrzymanie czasu. Serce uderzyło szybciej, pragnąc wyrwać się zza kajdan żeber i zacząć dyrygenturę całego świata. Mózg wysublimował natychmiastowo, lecz odwracalnie, chcąc choć na chwilę uwolnić się od odpowiedzialności za akcje. Zabrakło jednakże konsekwencji, przynajmniej jeśli kurtuazyjnie ominęło się fakt, iż ciało przyjęło formę meduzy i właśnie wysychało, i…
– Wreszcie – wydusiła z siebie Elissa, wywołując podejrzaną atmosferę tajemniczości.
Drzwi szczęknęły złowieszczo i pojawiła się w nich wysoka, anemiczna, budząca przerażenie postać kobiety, która elegancko ignorowała fakt, że wyczerpała już limit epitetów. Kobieta ta weszła do pomieszczenia, stawiając starannie wymierzone kroki a podłoga uginała się pod nią wdzięcznie.
– Nie powinnaś tu być – oznajmiła głosem przepełnionym ignorancją i wyższością.
Elissa nie wyglądała, jakby przejęła się tym zdaniem, wręcz przeciwnie – na jej twarzy pojawił się wyraz pogardy i lekkiego rozbawienia. Nie miała zwyczaju się przejmować, co uważają o niej inni, jakby był to zgniły liść na chodniku. Wstała, powodując niemiłosierne szczęknięcie kolana, które nie powinno biegać przez następny rok. Ręce schowała w kieszenie płaszcza, w geście, który miałby coś wyrażać, ale nikt nie był pewnym do końca co.
– Nie chcesz, żebym tu była – oznajmiła tonem pozbawionym jakichkolwiek emocji, jednym z takich, które powinny wywoływać przerażenie.
Elissie w tej chwili na niczym nie zależało, co nie stanowiło niczego nowego i dlatego też uosabiała z siebie oceanem, którego nie obchodziło, czy właśnie rozpierdolił się tankowiec, czy ludziom właśnie brakuje wody – był i nadal falował, tak samo też Elissa.
– Nie chcę – głos kobiety przypominał starą płytę odsłuchaną już zbyt wiele razy. Stanowił czystą mękę i ukrzyżowanie którejś tam osoby boga chrześcijan, i gdyby Elissa nie przyzwyczaiła się do niego wcześniej, na pewno odczułaby krew chcącą się nieodwołalnie zwymiotować.
Wyrażona nieakceptacja nie spowodowała jakiejkolwiek zmiany w działaniu Elissy, aczkolwiek wymusiła zmianę atmosfery w pokoju na znacznie cięższą. Efekt ten był wspomagany przez milczenie, które zrodziło się z nieco niezręcznej wypowiedzi, którą ktoś powinien zripostować, lecz zamiast tego wolał rzucać wiercące dziury w czaszce spojrzenia.
– Potrzebujesz pieniędzy? – pyta kobieta, która przestała już czekać na odpowiedź. Nie dostrzegała upartego uroku, jaki się zaczął właśnie wydzielać. Ciężko było nazwać to jakkolwiek złą rzeczą, bo ów urok stanowił kwestię czysto teoretyczną i stylistyczną, używaną jedynie, by mieć o czym myśleć.
Czy Elissa potrzebowała pieniędzy? Czy Elissa w ogóle wiedziała, czemu się tutaj znalazła?
Raczej nie. W każdym razie, na pewno nie miała pojęcia, w jaki sposób dostała się do mieszkania matki, która pałała do niej jakże dozgonną miłością. Elissa pewnie znowu wzięła za dużo, co zdarzało jej się częściej, niż miałaby ochotę tego oczekiwać. Nałogi zabiły tak wiele psychotycznych dziwaków, że przestawało się już za nimi płakać, ani też wypominać szkodliwości substancji, które i tak są zakazane, więc w czym problem? Elissa pojawiała się jedynie i znikała, bez żadnego ładu i składu, zawsze gotowa mówić rzeczy tak dziwne, że aż mądre. I na tym właśnie polegało życie Elissy, że teraz znalazła się u matki i nie wiedziała, co powiedzieć.
W końcu zdecydowała wyjąć papierosa i kulturalnie zapalić, najprawdopodobniej ze względu na fakt, iż palenie ich odbywało się z dumną nonszalancją i wyższością nad innymi.
– Nie – było to chyba najbardziej wyangielszczone ‘nie’, jakie kiedykolwiek udało się Elissie wymówić. Wyangielszczone ‘nie’ mają to do siebie, że ich brzmienie jest jeszcze bardziej nonszalanckie niż papierosy. – Przyszłam cię odwiedzić. Nie wolno?
Matka, emigrantka z kraju wiecznych mrozów i żelaznych kurtyn, spędziła swoją młodość jako wieczna wredna suka i w okazywaniu pogardy była mistrzem. Głowę uniosła do góry, ukazując szuję, która, po piątym liftingu, wyglądała jak droga prywatna w Beverly Hills.
– Nie – w jej przypadku wyangielszczenie okazało się zbędne. Parędziesiąt lat ćwiczenia ignorancji i wyższości zaowocowały najbardziej chłodnym głosem, z jakim kiedykolwiek spotkała się Elissa.
‘Nie’ stanowiło podstawę tej rozmowy, jak i też każdej innej, i określało wzajemne relacje Elissy i jej matki, które były wystarczająco niemiłe, by spowodować u tej pierwszej wymówkę dla swojego dziwnego i podejrzanego zachowania – traumę z dzieciństwa.
– Och, jakże miło z twojej strony – Elissa nie czuła się zmieszana, lecz jej ton głosu już tak. – To sobie pójdę.
I poszła.
A historii zabrakło puenty.
14.12.2009
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz